Co jakiś czas dochodzą nas słuchy o tym, że internet jest niebezpieczny, a tym bardziej niebezpieczne są portale społecznościowe, albowiem zbierają one nasze dane prywatne i udostępniają innym osobom. Robią to ponadto w taki sposób, że nie zawsze mamy wpływ na to kto zobaczy np. nasze zdjęcia z wakacji. Nawet nie chodzi tutaj o sprytnych hakjerów, co to dane potrafią wykradać. Ale weźmy takiego np. szefa - jak zaprosi cię do znajomych - odmówić nie wypada. I od tej pory już się ze zdjęciami musisz pilnować.
Stąd też informacje, które znajdujemy niekiedy w sieci, przykładowo taka: "MySpace ułatwia konfigurowanie ustawień prywatności", budzą szczere zainteresowanie.
Pod względem tzw. "Ochrony prywatności" użytkownicy społecznościówek są niejako rozdarci. Z jednej strony na zasadzie: "Jak cię nie ma na (tu wstawić nazwę portalu społecznościowego), to nie istniejesz" - zakładają profile i dają się zapraszać do grona znajomych, z drugiej ustawiają wszelkie możliwe blokady ochraniające publikowane materiały. Do tego stopnia, że szukając takiej osoby, można się natknąć na jej profil i nie rozpoznać, że to właśnie ten człowiek.
Co najśmieszniejsze, takie mechanizmy chronią naszą prywatność tylko w ograniczonym stopniu. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć o nas czegoś konkretnego, zapewne poskłada informacje z kilku źródeł, części się domyśli. Na przykład przejrzy to, co jawne jest chyba zawsze - sieć kontaktów. Niektórych rzeczy dowie się, nawet jeśli nie jesteś zarejestrowany ani na Gronie, ani na Naszej-Klasie, ani gdziekolwiek. Wystarczy że zna adres email. Portale mają przecież taką funkcję, że jak ktoś się zarejestruje, to mogą przeczesać jego listę kontaktów ze skrzynki pocztowej i polecać "osoby, które możesz znać". Nie wiem, jak inne, ale Facebook kombinuje w tym zakresie nawet bardziej, i nie tylko skrzynka email jest źródłem polecanych na kolegów kandydatów.
Wystarczy że ktoś będzie odpowiednio zdeterminowany i sprytny, by podobnych sztuczek umiał używać (a jest ich trochę, przecież ludzi można szpiegować także przy pomocy numeru telefonu albo gg... albo bloga...) - i dowie się sporo.
Jest oczywiście sposób, by się przed podobnymi zagrożeniami uchronić. Wystarczy przestrzegać jednej, prostej zasady: zakładamy że wszystko, najmniejsza drobnostka, jaką wpuszczamy do sieci, będzie dostępna publicznie. Jakiekolwiek zdjęcie wrzucamy w internet - zostanie ono tam na zawsze. Cokolwiek nie napiszemy - możemy być pewni, że będzie się dało to odnaleźć. Przecież właśnie po to stworzono portale społecznościowe - żeby inni mogli się czegoś o nas dowiedzieć.
Wynikają z tego co najmniej dwa praktyczne wnioski:
1. Podchodzimy na luzie do tego co wrzucamy, a wrzucamy z myślą że każdy, wróg czy przyjaciel, może uzyskać do informacji dostęp. Nie krępujemy się zdjęć. Nic nie blokujemy, bo i po co? Do swojej narodowości też możemy się spokojnie przyznać.
2. Wrzucamy tylko i wyłącznie takie informacje, które nie są w stanie nam zagrozić w jakikolwiek sposób. Żadnych kompromitujących fotek, żadnych narzekań na szefa, nie chwalimy się że kupiliśmy nowy samochód za 300 tys. PLN. Podajemy JAK NAJMNIEJ informacji umożliwiających kontakt. Żadnych numerów telefonów, a jeżeli już musimy - niech to będzie jakiś prepaid z którym zawsze będzie można się rozstać i kupić następny starter z innym numerem.
Najlepiej podobnie uczynić z adresem email. Dla przyjaciół i znajomych mamy stały, utrzymywany w możliwej dyskrecji, "na pokaz" drugi adres - i to jego podajemy publicznie.
Te zasady to zwykły zdrowy rozsądek, praktykowany od wielu, wielu lat. Przecież na drzwiach swych domów nie piszemy że mamy trójkę dzieci i właśnie jesteśmy na wakacjach w Egipcie, a w mieszkaniu zostawiliśmy drogi telewizor. Nie wywieszamy galerii zdjęć. Ale za to (zazwyczaj) nie boimy się książek telefonicznych.
Raczej, po prostu, jest najwyżej tabliczka z nazwiskiem, numer domu.
