Kiedy wziąć pod uwagę internet, przyzwyczailiśmy się żyć w świecie, w którym nic nie jest takie samo, jak kiedyś. Wszystko się zmienia, a jeśli coś temu trendowi nie podlega, widomy to znak, że chyli się ku upadkowi. Zmieniają się wersje oprogramowania, cele i oferta firm, layouty stron internetowych. Nawet Allegro zmieniło swoją stronę i (to już zupełnie niedawno) system komentarzy.
Taki układ jest zasadniczo dobry.
Jedynym wyjątkiem, o którym trudno przy okazji powiedzieć, że się nie rozwijał, było Google, a raczej główna strona wyszukiwarki. Od kiedy pamiętam, wyglądała tak samo. Inni przechodzili najróżniejsze ewolucje, np. z prostej wyszukiwarki przemieniali się w portal, podobny Onetowi, dodawali kolejne funkcje... i przegrywali.
A Google nic. Jedynie czasem pokazywał się jakiś niebieski link; im mniejszy i trudniejszy do zauważenia, tym lepiej (no i Doodle, ale przecież nie o to chodzi!). Nieraz bywało to nawet irytujące, bo dopóki nie poznałeś adresu czy chociaż nazwy usługi, trudno się było dostać do nowości, o której ktoś znajomy powiedział. Tak było np. z google maps. O dziwo, ani firmie, ani nikomu innemu to nie przeszkadzało.
Google jest niezmienne, ale w końcu i goście z Mountain View coś pokombinowali. Zaczęli mianowicie od tego, że najbardziej przydatne linki, np. te z wyszukiwaniem zaawansowanym, są domyślnie niewidoczne. Toteż byłem tylko umiarkowanie zdziwiony, kiedy wczoraj znalazłem tam dyskretną (a jakże!) ikonkę:
Wszystko jasne, dodano wirtualną klawiaturę, teraz będzie można wpisywać hasła za pomocą myszy.
Nic by w tym nie było takiego dziwnego: ot nowość, nawet Google zmienia swoją stronę. Sam dopiero dzisiaj zadałem sobie raczej oczywiste pytanie:
PO CO ONI TO TAM UMIEŚCILI?!
Przecież z wyszukiwarki korzysta się właściwie zawsze z urządzenia, które pozwala na jakiś sposób wprowadzania danych. A wyszukiwarka to przecież nie jest bank, żeby trzeba było uniemożliwić "osobom trzecim" odczytywanie hasła z bufora klawiatury!
Serwis The Next Web próbuje nam to wytłumaczyć za pomocą takiego argumentu, że do tej pory trudno było wpisywać hasła w niektórych językach, nie posiadając specjalnej klawiatury. I to już jest pewien argument "za". My tu może żyjemy w Polsce w pewnej nieświadomości problemu, bo nie szczypiemy się i używamy w zasadzie takich samych klawiatur jak Brytowie i Amerykanie, tych kilka znaków, naszych "ą" i "ę", wpisując zwyczajnie za pomocą Alt-a (stąd, jak się nie mylę, w polskich Windowsach rozróżnienie na język "Polski" i "Polski programisty", bo kiedyś chyba stworzono nawet takie "polskie" klawiatury z ogonkami na właściwych literkach). Ale u innych narodów to tak nie wygląda. Korzystałem z komputerów na Słowacji i we Francji. Obie nacje używają swoich układów klawiszy, wobec czego w każdym przypadku miałem kłopot ze stworzeniem najprostszego emaila.
Według The Next Web, istniały problemy z wpisywaniem niektórych "nie-romańskich" znaków i dlatego gdzieniegdzie wygodniej było korzystać z konkurencyjnych wyszukiwarek. Właściwie to nie wiem nawet dlaczego, w końcu, skoro kraje mają swoje klawiatury i swoje ustawienia kodowania w systemach operacyjnych: to wszystko powinno grać.
No ale hipotetycznie może się zdarzyć pewna sytuacja. Wyobraź sobie, Czytelniku, że jesteś Rosjaninem i przyjeżdżasz na czas jakiś do Polski. Chcesz wyszukać informację. Wchodzisz na google. Jesteś w Polsce, więc:
Ok, fajnie, teraz klawiatura wirtualna... jest, można nawet przesuwać:
No i Zonk. Nie da się zmienić języka. No dobra, to może teraz rosyjska wersja serwisu:
I teraz klawiatura wirtualna wygląda... tak:
I znów się nie da zmienić tego cholernego języka!! Pora uczyć się polskiego albo wracać do kraju... Google chce, ale nie może??
No nie;-) Chce i może, tylko trzeba zamknąć tę nieszczęsną klawiaturę i odnaleźć jeszcze jeden niebieski, niezauważalny link:
Teraz wszystko będzie w jak najlepszym porządku:
Podsumowując: dostaliśmy całkiem przydatny drobiazg. Pomoże nie tylko podczas odwiedzin u kolegów zza granicy, ale także kiedy będziemy potrzebowali znaleźć informacje w języku hiszpańskim czy wyszukać niemieckie nazwisko.
Taki układ jest zasadniczo dobry.
Jedynym wyjątkiem, o którym trudno przy okazji powiedzieć, że się nie rozwijał, było Google, a raczej główna strona wyszukiwarki. Od kiedy pamiętam, wyglądała tak samo. Inni przechodzili najróżniejsze ewolucje, np. z prostej wyszukiwarki przemieniali się w portal, podobny Onetowi, dodawali kolejne funkcje... i przegrywali.
A Google nic. Jedynie czasem pokazywał się jakiś niebieski link; im mniejszy i trudniejszy do zauważenia, tym lepiej (no i Doodle, ale przecież nie o to chodzi!). Nieraz bywało to nawet irytujące, bo dopóki nie poznałeś adresu czy chociaż nazwy usługi, trudno się było dostać do nowości, o której ktoś znajomy powiedział. Tak było np. z google maps. O dziwo, ani firmie, ani nikomu innemu to nie przeszkadzało.
Google jest niezmienne, ale w końcu i goście z Mountain View coś pokombinowali. Zaczęli mianowicie od tego, że najbardziej przydatne linki, np. te z wyszukiwaniem zaawansowanym, są domyślnie niewidoczne. Toteż byłem tylko umiarkowanie zdziwiony, kiedy wczoraj znalazłem tam dyskretną (a jakże!) ikonkę:
Wszystko jasne, dodano wirtualną klawiaturę, teraz będzie można wpisywać hasła za pomocą myszy.
Nic by w tym nie było takiego dziwnego: ot nowość, nawet Google zmienia swoją stronę. Sam dopiero dzisiaj zadałem sobie raczej oczywiste pytanie:
PO CO ONI TO TAM UMIEŚCILI?!
Przecież z wyszukiwarki korzysta się właściwie zawsze z urządzenia, które pozwala na jakiś sposób wprowadzania danych. A wyszukiwarka to przecież nie jest bank, żeby trzeba było uniemożliwić "osobom trzecim" odczytywanie hasła z bufora klawiatury!
Serwis The Next Web próbuje nam to wytłumaczyć za pomocą takiego argumentu, że do tej pory trudno było wpisywać hasła w niektórych językach, nie posiadając specjalnej klawiatury. I to już jest pewien argument "za". My tu może żyjemy w Polsce w pewnej nieświadomości problemu, bo nie szczypiemy się i używamy w zasadzie takich samych klawiatur jak Brytowie i Amerykanie, tych kilka znaków, naszych "ą" i "ę", wpisując zwyczajnie za pomocą Alt-a (stąd, jak się nie mylę, w polskich Windowsach rozróżnienie na język "Polski" i "Polski programisty", bo kiedyś chyba stworzono nawet takie "polskie" klawiatury z ogonkami na właściwych literkach). Ale u innych narodów to tak nie wygląda. Korzystałem z komputerów na Słowacji i we Francji. Obie nacje używają swoich układów klawiszy, wobec czego w każdym przypadku miałem kłopot ze stworzeniem najprostszego emaila.
Według The Next Web, istniały problemy z wpisywaniem niektórych "nie-romańskich" znaków i dlatego gdzieniegdzie wygodniej było korzystać z konkurencyjnych wyszukiwarek. Właściwie to nie wiem nawet dlaczego, w końcu, skoro kraje mają swoje klawiatury i swoje ustawienia kodowania w systemach operacyjnych: to wszystko powinno grać.
No ale hipotetycznie może się zdarzyć pewna sytuacja. Wyobraź sobie, Czytelniku, że jesteś Rosjaninem i przyjeżdżasz na czas jakiś do Polski. Chcesz wyszukać informację. Wchodzisz na google. Jesteś w Polsce, więc:
Ok, fajnie, teraz klawiatura wirtualna... jest, można nawet przesuwać:
No i Zonk. Nie da się zmienić języka. No dobra, to może teraz rosyjska wersja serwisu:
I teraz klawiatura wirtualna wygląda... tak:
I znów się nie da zmienić tego cholernego języka!! Pora uczyć się polskiego albo wracać do kraju... Google chce, ale nie może??
No nie;-) Chce i może, tylko trzeba zamknąć tę nieszczęsną klawiaturę i odnaleźć jeszcze jeden niebieski, niezauważalny link:
Teraz wszystko będzie w jak najlepszym porządku:
Podsumowując: dostaliśmy całkiem przydatny drobiazg. Pomoże nie tylko podczas odwiedzin u kolegów zza granicy, ale także kiedy będziemy potrzebowali znaleźć informacje w języku hiszpańskim czy wyszukać niemieckie nazwisko.






