Dawno, dawno temu... No tak, powinienem wspomnieć na początku, że jestem starym piernikiem. Przynajmniej jeśli chodzi o świat komputerów. Swego czasu potrafiłem programować na Commodore 64, a to o czymś świadczy. (Powinno Ci to zaimponować tym bardziej, jeśliś się szczęśliwie urodził na tyle późno, by w ogóle nie wiedzieć co to takiego jest. Ale nawet jeśli tak, nie będę Ci pomagał: podobno jesteś przedstawicielem pokolenia, które z komputerem oswoiło się jeszcze zanim zaczęło raczkować, zatem wyguglaj sobie sam). Stąd też proszę brać pod uwagę, że poniższe wywody to będzie ględzenie starego dziada, który chciałby żeby wszystko było tak jak za jego starych, dobrych czasów, kiedy był piękny, silny i młody. Czyli gdzieś tak, lekko licząc, przed wojną.
No więc w dawnych czasach, nie tak dawnych wprawdzie jak Commodore, ale jednak, pewną sensacją była technologia, która dziś jest sprawą tak oczywistą, że aż nie zwracamy uwagi na to że jest czymś specjalnym, przełomowym, wręcz nowym budulcem świata: mp3. Było wtedy trudno sobie wyobrazić, że na płycie CD można zmieścić kilkadziesiąt albo nawet i kilkaset utworów w jakości praktycznie niezmienionej w porównaniu z „normalną”. Każdy wtedy wiedział, że płyta zmieści 74 minuty muzyki, co w „przeliczeniu” na jednostki komputerowe dawało 650 megabajtów. Czasem tłoczono (nagrywarki były jeszcze mało popularne) płyty nieco dłuższe – i tyle.
Dopiero później historia ruszyła z kopyta: np. zaczęło się piractwo na masową skalę. Pomijając już kopiowanie kolega-koledzee, zaczęły powstawać serwisy wymiany plików (ze słynnym Napsterem na czele) i programy, pozwalające na ściąganie praktycznie co tam dusza zapragnie. Pamiętacie jeszcze coś co się nazywa KaZaa? Wskutek tych procesów, dziś mp3 otacza nas wszędzie. Jest podstawowym sposobem przechowywania, kopiowania i odtwarzania muzyki. Nawet jak wchodzisz na wrzuta.pl i puszczasz sobie jakieś wykonanie Bacha, słuchasz empetrójek. W telefonie, w radiu - też masz mp3.
Ale wtedy, u narodzin formatu nikomu się jeszcze nie śniło o torentach, nikt nie wpadał na pomysł napełnienia muzyką cyfrową swojego walkmana. Samo „ściagnięcie czegoś” z Internetu to było skomplikowane zadanie, zwłaszcza w Polsce. Wymagało przygotowania rodziny na długotrwałe odcięte telefonu, albo wyprawy do internetowej kafejki (dobrze jeśli mieli na składzie nagrywarkę, to się za 20 zł kupiło płytę i wypaliło co tam trzeba; bo jak nie to się trzeba było bujać z dyskietkami – pendrajwów jeszcze wtedy niet).
No więc, jeśli nagle pokazywano człowiekowi płytkę, zastępującą 10 innych, to fakt – była to jakaś rewolucja, ale raczej rewolucja – ciekawostka. Nie było oczywiste, że będziesz sobie mógł kiedyś kupić za parę dych chińską zabawkę, wielkości pudełka zapałek, z pamięcią pół gigabajta – i że jeśli podłączysz do niej dobre słuchawki, to przyzwoicie skompresowany kawałek odsłuchasz z jakością jakiej nie powstydzi się najlepszy odtwarzacz CD. W czasach narodzin formatu, technologia nie była nawet oczywista dla twojego Windowsa 95. Nie pamiętam, czy trzeba było doinstalowywać specjalne kodeki (chyba tak...), ale na pewno konieczne było użycie specjalnego programu. Nawet dołączano taki do płytek z mp3 (były takie!), żeby już nie było trzeba dodatkowo szukać.
Właśnie w tamtych czasach i w taki sposób ludzkości objawił się Winamp. Z miejsca oczywiście został podstawowym odtwarzaczem muzyki dla niejednego użytkownika peceta. Z początku niewiele się różnił z wyglądu i działania od windowsowego „Odtwarzacza CD”, tyle że był ładniejszy i wyświetlał tytuł utworu. Potem jednak ewoluował szybko i dorobił się equalizera, playlisty, przyjemnego zestawu opcji do zarządzania tą muzyką, no i systemu zmiennych skórek, przez co wygląd jego nigdy się nie nudził. Można było nawet tworzyć własne skórki, do czego powstała nawet klasa osobnych programów. Było pięknie.
Potem, jak już rzekłem, historia ruszyła z kopyta – wszystkie te internety rozrosły się, programy p2p święciły triumfy, technologia mp3 kwitła w internecie, w przenośnych urządzeniach, w telefonach, w samochodach... Razem z tym wszystkim ewoluował i Winamp – dopracowywano działanie, naprawiano błędy. Dorobił się wersji 2, która od pewnego momentu potrafiła nawet odtwarzać filmy.
Przyznam szczerze, że to właśnie był moment, w którym świat przestał być taki różowy, albowiem odtwarzanie filmów to nie było to, co według mojego wyobrażenia Winamp robić powinien... I niespecjalnie się do tego nadawał, prawdę mówiąc, przez co tym bardziej denerwował. Do tego potrafił się od czasu do czasu powiesić. Ale to były drobiazgi – po prostu wyłączało się powiązania plików z filmami z Winampem i żyło się dalej. Całkiem źle było dopiero wtedy, kiedy numerek wersji doszedł do 3. No cóż – pęd do ciągłego wypuszczania nowej, głupszej wersji nie oszczędził nawet Winampa. Zrobiono też zaraz wersję 5, trochę mniej tragiczną i dlatego popularność programu nie spadła tak, jak powinna. A mogła – w końcu konkurencja zdążyła się w międzyczasie pojawić. W wersjach 3 i 5 zmieniono jednak wiele poważnych rzeczy, w tym wygląd. Program zaczął zawłaszczać sobie zbyt wiele zasobów, nie wiadomo po co obsługiwał jakieś biblioteki multimediów... Użytkownicy o tak konserwatywnym podejściu, jak moje, musieli się zadowolić pozostaniem przy którejś z dobrze dopracowanych wersji 2. Zresztą, nie ma czego żałować.
Długo używałem Winampa 2. Konkurencyjnych wynalazków, różnych Foobarów, nie uznawałem. Niby mówiono, że daje on o wiele lepszą jakość dźwięku, bo coś tam liczy inaczej, ale:
a) Jakoś nigdy nie byłem w stanie tej różnicy wysłyszeć, ani też nie widziałem, by ktoś ją tak naprawdę zauważał, a poza tym:
b) Wyglądało to-to jak ostatnie nieszczęście. Żadnych skórek, toporna do bólu obsługa, brak normalnych skrótów klawiszowych. Wkurzało przy każdym dotknięciu.
No przepraszam, ale to że program jakoś działa, to nie znaczy że trzeba go używać. Klasyczne, nudne okienko i odtwarzanie muzyki? To żarty? Muzykę powinno się odtwarzać czymś, co ma klasę.
Spędzałem więc lata w beztrosce i używałem jedynego odtwarzacza który mi odpowiadał. Tamte czasy też były dobre.
Jednak bywa że to, co dobre, kończy się. Tak się złożyło, że w pewnym momencie przesiadałem się z Windowsa na Linuksa. Kompletnie, bez jakiejś rezerwowej partycji, obsianej na wszelki wypadek Windowsem. Normalnym problemem człowieka, który dokonuje podobnej przesiadki jest pytanie: ale czym ja teraz będę... (tu wpisać nazwę czynności: oglądanie filmów, przeglądanie internetu, tworzenie dokumentów, rysowanie kółek – wszystko do czego używamy komputerów). Z większością programów, na rzecz ich lepszych lub gorszych odpowiedników pożegnałem się bez żalu. Z odtwarzaczem muzyki było trochę gorzej.
I wtedy z pomocą przyszedł on – XMMS. Nie wiem, co było pierwsze, więc nie powiem na pewno, że ten program naśladuje Winampa, a nie odwrotnie. W każdym razie wygląda dokładnie tak samo. Nawet skórek używa tych samych. Ma takie same skróty klawiszowe, podobne opcje i jest równie wygodny. Do tego żadnych tam filmów – funkcjonalnie jest odpowiednikiem najbardziej dopracowanych „jedynek”, najwyżej „dwójek” Winampa. Warto nadmienić, że jest od swojego windowsowego „brata” o niebo bardziej niezawodny. Nie wiesza się i już.
To stary projekt, dawno już nie rozwijany (ludzie zajęli się rozwojem xmms2, który jest beznadziejny i działa jako daemon). Ale to zupełnie niepotrzebne. Jego nie trzeba rozwijać. Powiem Wam: ma wszystko, czego mi trzeba. Sposób obsługi, zachowanie okien, obsługa skórek, współpraca z Kadu, equalizer, playlisty. Do tego zarządzanie kolejką (tego nie było w Winampie 2;]) Jeśli miałbym wymienić jakieś braki, to mógłbym chcieć, żeby obsługiwał wszystkie radia internetowe, a nie tylko część.
Tak więc, jeśli ktoś mi reklamuje jakiś inny program, jako nowszy, lepszy, warty tego, bym zmienił swe przyzwyczajenia i przesiadł się nań, to mi się tylko trochę chce śmiać. Po co zmieniać coś, co już jest idealne? Czy któryś z nowych programów będzie wyglądał lepiej? Nie, bo najlepiej wygląda XMMS z moją ulubioną skórą. Czy któryś da mi lepszą jakość dźwięku? Bez żartów, już mówiłem. Czy któryś będzie wygodniejszy? Chyba by musiał być sterowany myślą. Żaden Rhytmbox temu wszystkiemu nie dorówna. Nawet, skądinąd warty uwagi, reklamowany tu kiedyś, Dead Beef.
Ktoś mi kiedyś próbował zasugerować, że to stary program, i już dawno umarł. Ale to nieprawda. To że nie powstają nowe wersje nie znaczy, że coś przestało działać tak doskonale, jak robiło to kiedyś. Programy nie rdzewieją! Proszę państwa, oto przed Wami najlepszy odtwarzacz muzyczny wszech czasów: XMMS!
Jeśli więc szukasz lekkiego, wygodnego i niezawodnego programu by ci odtwarzał muzykę, polecam XMMS. Względnie, Winamp w starej wersji, jeśli jesteś użytkownikiem Windowsa.
No więc w dawnych czasach, nie tak dawnych wprawdzie jak Commodore, ale jednak, pewną sensacją była technologia, która dziś jest sprawą tak oczywistą, że aż nie zwracamy uwagi na to że jest czymś specjalnym, przełomowym, wręcz nowym budulcem świata: mp3. Było wtedy trudno sobie wyobrazić, że na płycie CD można zmieścić kilkadziesiąt albo nawet i kilkaset utworów w jakości praktycznie niezmienionej w porównaniu z „normalną”. Każdy wtedy wiedział, że płyta zmieści 74 minuty muzyki, co w „przeliczeniu” na jednostki komputerowe dawało 650 megabajtów. Czasem tłoczono (nagrywarki były jeszcze mało popularne) płyty nieco dłuższe – i tyle.
Dopiero później historia ruszyła z kopyta: np. zaczęło się piractwo na masową skalę. Pomijając już kopiowanie kolega-koledzee, zaczęły powstawać serwisy wymiany plików (ze słynnym Napsterem na czele) i programy, pozwalające na ściąganie praktycznie co tam dusza zapragnie. Pamiętacie jeszcze coś co się nazywa KaZaa? Wskutek tych procesów, dziś mp3 otacza nas wszędzie. Jest podstawowym sposobem przechowywania, kopiowania i odtwarzania muzyki. Nawet jak wchodzisz na wrzuta.pl i puszczasz sobie jakieś wykonanie Bacha, słuchasz empetrójek. W telefonie, w radiu - też masz mp3.
Ale wtedy, u narodzin formatu nikomu się jeszcze nie śniło o torentach, nikt nie wpadał na pomysł napełnienia muzyką cyfrową swojego walkmana. Samo „ściagnięcie czegoś” z Internetu to było skomplikowane zadanie, zwłaszcza w Polsce. Wymagało przygotowania rodziny na długotrwałe odcięte telefonu, albo wyprawy do internetowej kafejki (dobrze jeśli mieli na składzie nagrywarkę, to się za 20 zł kupiło płytę i wypaliło co tam trzeba; bo jak nie to się trzeba było bujać z dyskietkami – pendrajwów jeszcze wtedy niet).
No więc, jeśli nagle pokazywano człowiekowi płytkę, zastępującą 10 innych, to fakt – była to jakaś rewolucja, ale raczej rewolucja – ciekawostka. Nie było oczywiste, że będziesz sobie mógł kiedyś kupić za parę dych chińską zabawkę, wielkości pudełka zapałek, z pamięcią pół gigabajta – i że jeśli podłączysz do niej dobre słuchawki, to przyzwoicie skompresowany kawałek odsłuchasz z jakością jakiej nie powstydzi się najlepszy odtwarzacz CD. W czasach narodzin formatu, technologia nie była nawet oczywista dla twojego Windowsa 95. Nie pamiętam, czy trzeba było doinstalowywać specjalne kodeki (chyba tak...), ale na pewno konieczne było użycie specjalnego programu. Nawet dołączano taki do płytek z mp3 (były takie!), żeby już nie było trzeba dodatkowo szukać.
Właśnie w tamtych czasach i w taki sposób ludzkości objawił się Winamp. Z miejsca oczywiście został podstawowym odtwarzaczem muzyki dla niejednego użytkownika peceta. Z początku niewiele się różnił z wyglądu i działania od windowsowego „Odtwarzacza CD”, tyle że był ładniejszy i wyświetlał tytuł utworu. Potem jednak ewoluował szybko i dorobił się equalizera, playlisty, przyjemnego zestawu opcji do zarządzania tą muzyką, no i systemu zmiennych skórek, przez co wygląd jego nigdy się nie nudził. Można było nawet tworzyć własne skórki, do czego powstała nawet klasa osobnych programów. Było pięknie.
Potem, jak już rzekłem, historia ruszyła z kopyta – wszystkie te internety rozrosły się, programy p2p święciły triumfy, technologia mp3 kwitła w internecie, w przenośnych urządzeniach, w telefonach, w samochodach... Razem z tym wszystkim ewoluował i Winamp – dopracowywano działanie, naprawiano błędy. Dorobił się wersji 2, która od pewnego momentu potrafiła nawet odtwarzać filmy.
Przyznam szczerze, że to właśnie był moment, w którym świat przestał być taki różowy, albowiem odtwarzanie filmów to nie było to, co według mojego wyobrażenia Winamp robić powinien... I niespecjalnie się do tego nadawał, prawdę mówiąc, przez co tym bardziej denerwował. Do tego potrafił się od czasu do czasu powiesić. Ale to były drobiazgi – po prostu wyłączało się powiązania plików z filmami z Winampem i żyło się dalej. Całkiem źle było dopiero wtedy, kiedy numerek wersji doszedł do 3. No cóż – pęd do ciągłego wypuszczania nowej, głupszej wersji nie oszczędził nawet Winampa. Zrobiono też zaraz wersję 5, trochę mniej tragiczną i dlatego popularność programu nie spadła tak, jak powinna. A mogła – w końcu konkurencja zdążyła się w międzyczasie pojawić. W wersjach 3 i 5 zmieniono jednak wiele poważnych rzeczy, w tym wygląd. Program zaczął zawłaszczać sobie zbyt wiele zasobów, nie wiadomo po co obsługiwał jakieś biblioteki multimediów... Użytkownicy o tak konserwatywnym podejściu, jak moje, musieli się zadowolić pozostaniem przy którejś z dobrze dopracowanych wersji 2. Zresztą, nie ma czego żałować.
Długo używałem Winampa 2. Konkurencyjnych wynalazków, różnych Foobarów, nie uznawałem. Niby mówiono, że daje on o wiele lepszą jakość dźwięku, bo coś tam liczy inaczej, ale:
a) Jakoś nigdy nie byłem w stanie tej różnicy wysłyszeć, ani też nie widziałem, by ktoś ją tak naprawdę zauważał, a poza tym:
b) Wyglądało to-to jak ostatnie nieszczęście. Żadnych skórek, toporna do bólu obsługa, brak normalnych skrótów klawiszowych. Wkurzało przy każdym dotknięciu.
No przepraszam, ale to że program jakoś działa, to nie znaczy że trzeba go używać. Klasyczne, nudne okienko i odtwarzanie muzyki? To żarty? Muzykę powinno się odtwarzać czymś, co ma klasę.
Spędzałem więc lata w beztrosce i używałem jedynego odtwarzacza który mi odpowiadał. Tamte czasy też były dobre.
Jednak bywa że to, co dobre, kończy się. Tak się złożyło, że w pewnym momencie przesiadałem się z Windowsa na Linuksa. Kompletnie, bez jakiejś rezerwowej partycji, obsianej na wszelki wypadek Windowsem. Normalnym problemem człowieka, który dokonuje podobnej przesiadki jest pytanie: ale czym ja teraz będę... (tu wpisać nazwę czynności: oglądanie filmów, przeglądanie internetu, tworzenie dokumentów, rysowanie kółek – wszystko do czego używamy komputerów). Z większością programów, na rzecz ich lepszych lub gorszych odpowiedników pożegnałem się bez żalu. Z odtwarzaczem muzyki było trochę gorzej.
I wtedy z pomocą przyszedł on – XMMS. Nie wiem, co było pierwsze, więc nie powiem na pewno, że ten program naśladuje Winampa, a nie odwrotnie. W każdym razie wygląda dokładnie tak samo. Nawet skórek używa tych samych. Ma takie same skróty klawiszowe, podobne opcje i jest równie wygodny. Do tego żadnych tam filmów – funkcjonalnie jest odpowiednikiem najbardziej dopracowanych „jedynek”, najwyżej „dwójek” Winampa. Warto nadmienić, że jest od swojego windowsowego „brata” o niebo bardziej niezawodny. Nie wiesza się i już.
To stary projekt, dawno już nie rozwijany (ludzie zajęli się rozwojem xmms2, który jest beznadziejny i działa jako daemon). Ale to zupełnie niepotrzebne. Jego nie trzeba rozwijać. Powiem Wam: ma wszystko, czego mi trzeba. Sposób obsługi, zachowanie okien, obsługa skórek, współpraca z Kadu, equalizer, playlisty. Do tego zarządzanie kolejką (tego nie było w Winampie 2;]) Jeśli miałbym wymienić jakieś braki, to mógłbym chcieć, żeby obsługiwał wszystkie radia internetowe, a nie tylko część.
Tak więc, jeśli ktoś mi reklamuje jakiś inny program, jako nowszy, lepszy, warty tego, bym zmienił swe przyzwyczajenia i przesiadł się nań, to mi się tylko trochę chce śmiać. Po co zmieniać coś, co już jest idealne? Czy któryś z nowych programów będzie wyglądał lepiej? Nie, bo najlepiej wygląda XMMS z moją ulubioną skórą. Czy któryś da mi lepszą jakość dźwięku? Bez żartów, już mówiłem. Czy któryś będzie wygodniejszy? Chyba by musiał być sterowany myślą. Żaden Rhytmbox temu wszystkiemu nie dorówna. Nawet, skądinąd warty uwagi, reklamowany tu kiedyś, Dead Beef.
Ktoś mi kiedyś próbował zasugerować, że to stary program, i już dawno umarł. Ale to nieprawda. To że nie powstają nowe wersje nie znaczy, że coś przestało działać tak doskonale, jak robiło to kiedyś. Programy nie rdzewieją! Proszę państwa, oto przed Wami najlepszy odtwarzacz muzyczny wszech czasów: XMMS!
Jeśli więc szukasz lekkiego, wygodnego i niezawodnego programu by ci odtwarzał muzykę, polecam XMMS. Względnie, Winamp w starej wersji, jeśli jesteś użytkownikiem Windowsa.
