Chciałbym napisać dziś o filmie „The Social Network”. Od razu wyjaśniam: tak, wiem że to żadna nowa produkcja. Sam ją oglądałem w kinie jakieś pół roku temu. Jednak pewna ciekawa myśl na temat tego filmu przyszła mi do głowy dopiero teraz.
Nie chodzi mi na szczęście o analizowanie losów Marka Zuckerberga ani innych założycieli portalu Facebook. Nie chcę też pisać spóźnionej recenzji. Dlatego duża szansa, że Czytelnicy znają już treść filmu, działa na moją korzyść. Przypomnijcie sobie, proszę, scenę w której wkurzony rozstaniem z dziewczyną Zuckerberg buduje stronę, służącą do porównywania studentek Harvardu. Aby strona działała, potrzebne są zdjęcia ocenianych dziewczyn. Zuckerberg zdobywa je, łamiąc zabezpieczenia dostępnych online baz ze zdjęciami (facebooków), udostępnianych przez poszczególne domy studenckie. (Pojedyncze zdjęcia są oczywiście dostępne dla wszystkich, rzecz w tym, by pobrać je wszystkie za jednym razem – bo klikanie setek po kolei to NIE jest właściwy sposób na zrobienie tego szybko... na zrobienie tego kiedykolwiek).
Pamiętam, że zarówno ja, jak i Przemek uśmiechnęliśmy się na dźwięk słowa „wget”, które pada w tej scenie. I właśnie o to chodzi: czy pamiętacie JAKIEKOLWIEK sceny filmowe, w których jakiś „haker” robi... no, robi cokolwiek? Na przykład włamuje się do wrogiego systemu informatycznego, albo zdobywa zastrzeżone dane? To ZAWSZE wygląda beznadziejnie. Nie widzimy tak naprawdę żadnej prawdziwej hakerskej roboty. To strasznie wkurza: oglądamy jakieś ładnie animowane okienka i coraz to bardziej fantazyjny, migający napis „access denied”. Nigdy natomiast „login incoorrect:” na czarnym tle terminala. Czasami jeszcze komputer mówi — i to mówi tak, jakby urodził się człowiekiem. W science-fiction, dziejącym się parę wieków od chwili obecnej, jest to może i dobre, ale w filmie sensacyjnym? To się zdarza chyba w każdym filmie, w którym robotę do wykonania ma jakiś komputerowy spec. To za każdym razem jest praca fikcyjna. Spójrzmy na taki modny serial, jak CSI — totalna szmira. Wszystko co widzimy na monitorach ma więcej wspólnego ze zdobnictwem artystycznym, niż z tym, jak naprawdę wygląda to, co wyświetlają komputery swoim użytkownikom.
A wystarczy chwilę pomyśleć: czy ktoś, kto zabezpiecza jakikolwiek system komputerowy skupia się na tym, jak wygląda jego interfejs? Czy też może na tym, aby zabezpieczenie było skuteczne?
I dotyczy to — co gorsza — także tych porządnych filmów z dobrym scenariuszem i wciągającą fabułą. Również i tych, które cały swój pomysł fabularny opierają na komputerach (np. „Gry wojenne”).
Właśnie to jest takie wyjątkowe w „The Social Network”. Tutaj to, co robią bohaterzy filmu na komputerze, nie jest w żaden sposób oderwane od rzeczywistości. Może i jest to pokazane skrótowo i „po łebkach”, ale jest REALNE. Co ciekawe, to nie jest w żadnym stopniu główny temat filmu. A jednak. Jak się okazuje, można przedstawić pracę z komputerem tak, jak ona rzeczywiście wygląda, nie tracąc przy tym nic z atrakcyjności filmu. Powiedziałbym nawet, że owa atrakcyjność wzrasta.
I wiecie, co jest niesamowite? To, że czegoś podobnego nie widziałem nigdy wcześniej. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wygląda na to, że „The Social Network” jest pierwszym prawdziwie „hakerskim” filmem. Po raz pierwszy ktoś z filmowców naprawdę skumał, o co chodzi i skorzystał z tej wiedzy. I właśnie to, a nie prawdziwa bądź zmyślona historia powstania Facebooka, jest najważniejszym, co dał nam ten film.
Nie chodzi mi na szczęście o analizowanie losów Marka Zuckerberga ani innych założycieli portalu Facebook. Nie chcę też pisać spóźnionej recenzji. Dlatego duża szansa, że Czytelnicy znają już treść filmu, działa na moją korzyść. Przypomnijcie sobie, proszę, scenę w której wkurzony rozstaniem z dziewczyną Zuckerberg buduje stronę, służącą do porównywania studentek Harvardu. Aby strona działała, potrzebne są zdjęcia ocenianych dziewczyn. Zuckerberg zdobywa je, łamiąc zabezpieczenia dostępnych online baz ze zdjęciami (facebooków), udostępnianych przez poszczególne domy studenckie. (Pojedyncze zdjęcia są oczywiście dostępne dla wszystkich, rzecz w tym, by pobrać je wszystkie za jednym razem – bo klikanie setek po kolei to NIE jest właściwy sposób na zrobienie tego szybko... na zrobienie tego kiedykolwiek).
Pamiętam, że zarówno ja, jak i Przemek uśmiechnęliśmy się na dźwięk słowa „wget”, które pada w tej scenie. I właśnie o to chodzi: czy pamiętacie JAKIEKOLWIEK sceny filmowe, w których jakiś „haker” robi... no, robi cokolwiek? Na przykład włamuje się do wrogiego systemu informatycznego, albo zdobywa zastrzeżone dane? To ZAWSZE wygląda beznadziejnie. Nie widzimy tak naprawdę żadnej prawdziwej hakerskej roboty. To strasznie wkurza: oglądamy jakieś ładnie animowane okienka i coraz to bardziej fantazyjny, migający napis „access denied”. Nigdy natomiast „login incoorrect:” na czarnym tle terminala. Czasami jeszcze komputer mówi — i to mówi tak, jakby urodził się człowiekiem. W science-fiction, dziejącym się parę wieków od chwili obecnej, jest to może i dobre, ale w filmie sensacyjnym? To się zdarza chyba w każdym filmie, w którym robotę do wykonania ma jakiś komputerowy spec. To za każdym razem jest praca fikcyjna. Spójrzmy na taki modny serial, jak CSI — totalna szmira. Wszystko co widzimy na monitorach ma więcej wspólnego ze zdobnictwem artystycznym, niż z tym, jak naprawdę wygląda to, co wyświetlają komputery swoim użytkownikom.
A wystarczy chwilę pomyśleć: czy ktoś, kto zabezpiecza jakikolwiek system komputerowy skupia się na tym, jak wygląda jego interfejs? Czy też może na tym, aby zabezpieczenie było skuteczne?
I dotyczy to — co gorsza — także tych porządnych filmów z dobrym scenariuszem i wciągającą fabułą. Również i tych, które cały swój pomysł fabularny opierają na komputerach (np. „Gry wojenne”).
Właśnie to jest takie wyjątkowe w „The Social Network”. Tutaj to, co robią bohaterzy filmu na komputerze, nie jest w żaden sposób oderwane od rzeczywistości. Może i jest to pokazane skrótowo i „po łebkach”, ale jest REALNE. Co ciekawe, to nie jest w żadnym stopniu główny temat filmu. A jednak. Jak się okazuje, można przedstawić pracę z komputerem tak, jak ona rzeczywiście wygląda, nie tracąc przy tym nic z atrakcyjności filmu. Powiedziałbym nawet, że owa atrakcyjność wzrasta.
I wiecie, co jest niesamowite? To, że czegoś podobnego nie widziałem nigdy wcześniej. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wygląda na to, że „The Social Network” jest pierwszym prawdziwie „hakerskim” filmem. Po raz pierwszy ktoś z filmowców naprawdę skumał, o co chodzi i skorzystał z tej wiedzy. I właśnie to, a nie prawdziwa bądź zmyślona historia powstania Facebooka, jest najważniejszym, co dał nam ten film.
