Ponieważ wreszcie nadeszła ta wiekopomna data — 28 kwietnia 2011 — kiedy to wychodzi najnowsza, najbardziej wypasiona edycja systemu operacyjnego Ubuntu*, chcielibyśmy jako pierwsi przedstawić jej pełny test. Jest jednak pewien problem...
Otóż parę dni temu kupiłem netbooka. Na netbuku należało oczywiście położyć jakiś system operacyjny. Padło na Ubuntu. A ponieważ najnowsza, super wypasiona wersja 11.04 jeszcze kilka dni temu była tylko wersją beta, pobrałem z internetu... stabilne wydanie 10.10 (dla niewtajemniczonych: numer wersji Ubu to nic innego, jak data wydania, np. wydanie 9.04 pochodzi z kwietnia 2009 roku; co ciekawe wydawca systemu strasznie się spina żeby wydawać dwie kolejne wersje w roku, w dodatku bardzo regularnie, i jakimś cudem mu się to udaje, w związku z czym mamy co roku wydanie kwietniowe i październikowe). System, rzecz jasna, przetestowałem, ale jak widać, na nic mi się to nie zda, kiedy przychodzi do pisania na temat wersji 11.04, a wrodzona;) uczciwość nie pozwala mi w tej materii ściemniać;-)
O jednej wszakże rzeczy mogę się wypowiedzieć. Jak donoszą różne źródła, w najnowszym wydaniu dumy Afryki obowiązkowym sposobem komunikowania się pomiędzy komputerem a jego użyszkodnikiem będzie interfejs Unity. Generalnie, jest to przyczyną lamentów, szlochów, a także powstawania na forach i stronach internetowych poradnikowych wpisów na temat „Jak w Ubuntu wyłączyć Unity?”.
Jako że w mojej netbookowej 10.10 ten dziwaczny interfejs to również standard, nabrałem pewnego doświadczenia.
Można powiedzieć, że Unity to coś na kształt rozwiązania, jakie znamy z systemu Windows 7 — w którym programy, uruchomione z ikon na pasku są przedstawiane za pomocą dokładnie tych samych ikon, i do nich także są minimalizowane. Tyle, że w Unity zdecydowano się pójść dalej — tu w ogóle nie ma innej możliwości. Nie ma ikon na pulpicie, nie ma czegoś podobnego do zwykłego Menu start. Owszem, po kliknięciu logo Ubuntu pokazuje się nam wyszukiwarka, i to ona zapewnia nam dostęp do tego, czego nie zgromadzono w pasku bocznym. Tyle, że jest ona beznadziejna i zamula swoim działaniem komputer (okazuje się więc, że przejście z 450 MHz na 1600 niewiele mi pomogło...).
No właśnie. Z początku całe to badziewie sprawia wrażenie, że zostało przez kogoś zaprojektowane z myślą o maksymalnym wkurzeniu użytkownika. Nic tu nie jest na swoim miejscu. 70% ikon na tym pasku bocznym jest niepotrzebnych. Chyba powklejano je tu tylko po to, żeby zająć miejsce i pokazać, jak się fajnie przewijają i pomniejszają. Usunąć ich nie ma jak (ok, jest, ale na początku do tego nie doszedłem), a opcji dodania czegokolwiek nowego próżno szukać, nawet kliknięcie prawym klawiszem daje jakieś dziwne efekty. Wobec czego wszystkich potrzebnych programów trzeba szukać we wspomnianej wyszukiwarce.
Kliknięcie pulpitu — czymkolwiek — nie daje absolutnie żadnego rezultatu. Dlatego w celu zmiany tapety... No tak, wracamy do wyszukiwarki i kombinujemy. Ubuntu 10.10 to zdecydowanie jest ten system, w którym najdłużej grzebałem się z tak prostą czynnością, jak zmiana tła pulpitu. Nawet w Windows 7 nie było tak źle.
Ponieważ jednak czegoś nie doczytałem w poradnikach „Jak wyłączyć Unity”, siłą rzeczy musiałem** się jakoś przyzwyczaić. No i się przyzwyczaiłem. Po trzech dniach pracy z „tym czymś” mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością:
Unity jest świetne!
Po pierwsze, wygląda to niesamowicie.
Po drugie, system ikon na bocznym pasku jest prosty i bardzo intuicyjny. Gdybym wcześniej nie posługiwał się przez długie lata rozwiązaniami windowsopodobnymi, nawet nie musiałbym się przyzwyczajać. Samo umieszczenie paska po lewej stronie powoduje dobre wykorzystanie przestrzeni ekranu, zwłaszcza w przypadku modnych współcześnie proporcji 16:10 i 16:9. Po pewnym czasie człowiek uczy się też, jak tym bałaganem zarządzać, w związku z czym ikonki niepotrzebne szybko stąd znikają, a pojawiają się te ważniejsze. Z tego powodu do wyszukiwarki wracamy coraz rzadziej.
Jest w tym bocznym pasku jeszcze jedna rewolucja. Otóż w ikonki, podobne do tych od programów, wrzucono niektóre funkcje obsługiwane dotąd zazwyczaj przez jakieś programiki objawiające się nam na pulpicie lub w zasobniku systemowym (tzw. tray-u), gdzieś koło zegarka. To tutaj możemy np. bezpiecznie wyrzucić pendrajwa albo zajrzeć do kosza. Tutaj też zmieniamy pulpit (dla nieznających tematu: linuksiarze mają zwykle taki wypas, że pulpitów, zwanych też czasem „obszarami roboczymi”, mają kilka, najczęściej 4). O dziwo, to wszystko jest bardzo wygodne. I nieźle wygląda. A już najbardziej spektakularne jest przechodzenie z jednego pulpitu na inny. Czasem robię to tylko po to, żeby sobie popatrzeć, jak się zmieniają. Dla mnie bomba!
Poza tym drobiazgi: umieszczenie obszaru powiadomień*** u góry wydaje się zabiegiem odważnym, ale chyba znacząco nie zmienia wygody użytkowania. Za to sprawia, że wszystko wygląda nam bardziej nietypowo i szpanersko (można pokazać właścicielom Windowsów, żeby im oczy z orbit wylazły;]). Integracja menu programów z tym paskiem to kolejny strzał w dziesiątkę — daje to oszczędność kolejnych kilkunastu pikseli jakże potrzebnego w dzisiejszych czasach wymiaru pionowego naszych monitorów.
Umieszczenie przycisków po lewej (zamiast po prawej) stronie paska tytułowego okna może co prawda wkurzać konserwatywnych estetów, ale przyzwyczajenie się zajmuje jakieś 10 – 12 sekund i naprawdę nie ma na co narzekać. No i mamy kolejne +1 do oryginalności;)
Podsumowując: nie taki diabeł straszny, jak go malują. Powiedziałbym nawet, że tego trzeba spróbować. Wymagana jest jedynie odrobina cierpliwości. Jestem też niemal pewien, że i tapetę nauczę się tutaj szybciej zmieniać.
Pozostaje tylko ta wstrętna wyszukiwarka. No, ale ideałów przecież nie ma...
* Ubuntu to, jak zapewne starzy wyjadacze wiedzą, stare afrykańskie słowo, które znaczy „nie potrafię skonfigurować Debiana”. To określenie dość dobrze oddaje sytuację, w której wybiera się taką, a nie inną dystrybucję systemu Linux. Jeśli zaś nie wiesz, co to Debian, nie przejmuj się. To tylko takie żarciki.
** OK, mogłem korzystać z konsoli tekstowej, ale nie o to przecież chodzi podczas przeglądania internetu, prawda?
*** To jest to miejsce obok zegarka, w którym pokazuje się m. in. ikonka Skype czy gg, tam jest głośniczek od regulacji głośności i wskaźnik sieci czy Zapory systemu Windows.
Otóż parę dni temu kupiłem netbooka. Na netbuku należało oczywiście położyć jakiś system operacyjny. Padło na Ubuntu. A ponieważ najnowsza, super wypasiona wersja 11.04 jeszcze kilka dni temu była tylko wersją beta, pobrałem z internetu... stabilne wydanie 10.10 (dla niewtajemniczonych: numer wersji Ubu to nic innego, jak data wydania, np. wydanie 9.04 pochodzi z kwietnia 2009 roku; co ciekawe wydawca systemu strasznie się spina żeby wydawać dwie kolejne wersje w roku, w dodatku bardzo regularnie, i jakimś cudem mu się to udaje, w związku z czym mamy co roku wydanie kwietniowe i październikowe). System, rzecz jasna, przetestowałem, ale jak widać, na nic mi się to nie zda, kiedy przychodzi do pisania na temat wersji 11.04, a wrodzona;) uczciwość nie pozwala mi w tej materii ściemniać;-)
O jednej wszakże rzeczy mogę się wypowiedzieć. Jak donoszą różne źródła, w najnowszym wydaniu dumy Afryki obowiązkowym sposobem komunikowania się pomiędzy komputerem a jego użyszkodnikiem będzie interfejs Unity. Generalnie, jest to przyczyną lamentów, szlochów, a także powstawania na forach i stronach internetowych poradnikowych wpisów na temat „Jak w Ubuntu wyłączyć Unity?”.
Jako że w mojej netbookowej 10.10 ten dziwaczny interfejs to również standard, nabrałem pewnego doświadczenia.
Można powiedzieć, że Unity to coś na kształt rozwiązania, jakie znamy z systemu Windows 7 — w którym programy, uruchomione z ikon na pasku są przedstawiane za pomocą dokładnie tych samych ikon, i do nich także są minimalizowane. Tyle, że w Unity zdecydowano się pójść dalej — tu w ogóle nie ma innej możliwości. Nie ma ikon na pulpicie, nie ma czegoś podobnego do zwykłego Menu start. Owszem, po kliknięciu logo Ubuntu pokazuje się nam wyszukiwarka, i to ona zapewnia nam dostęp do tego, czego nie zgromadzono w pasku bocznym. Tyle, że jest ona beznadziejna i zamula swoim działaniem komputer (okazuje się więc, że przejście z 450 MHz na 1600 niewiele mi pomogło...).
No właśnie. Z początku całe to badziewie sprawia wrażenie, że zostało przez kogoś zaprojektowane z myślą o maksymalnym wkurzeniu użytkownika. Nic tu nie jest na swoim miejscu. 70% ikon na tym pasku bocznym jest niepotrzebnych. Chyba powklejano je tu tylko po to, żeby zająć miejsce i pokazać, jak się fajnie przewijają i pomniejszają. Usunąć ich nie ma jak (ok, jest, ale na początku do tego nie doszedłem), a opcji dodania czegokolwiek nowego próżno szukać, nawet kliknięcie prawym klawiszem daje jakieś dziwne efekty. Wobec czego wszystkich potrzebnych programów trzeba szukać we wspomnianej wyszukiwarce.
Kliknięcie pulpitu — czymkolwiek — nie daje absolutnie żadnego rezultatu. Dlatego w celu zmiany tapety... No tak, wracamy do wyszukiwarki i kombinujemy. Ubuntu 10.10 to zdecydowanie jest ten system, w którym najdłużej grzebałem się z tak prostą czynnością, jak zmiana tła pulpitu. Nawet w Windows 7 nie było tak źle.
Ponieważ jednak czegoś nie doczytałem w poradnikach „Jak wyłączyć Unity”, siłą rzeczy musiałem** się jakoś przyzwyczaić. No i się przyzwyczaiłem. Po trzech dniach pracy z „tym czymś” mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością:
Unity jest świetne!
Po pierwsze, wygląda to niesamowicie.
Po drugie, system ikon na bocznym pasku jest prosty i bardzo intuicyjny. Gdybym wcześniej nie posługiwał się przez długie lata rozwiązaniami windowsopodobnymi, nawet nie musiałbym się przyzwyczajać. Samo umieszczenie paska po lewej stronie powoduje dobre wykorzystanie przestrzeni ekranu, zwłaszcza w przypadku modnych współcześnie proporcji 16:10 i 16:9. Po pewnym czasie człowiek uczy się też, jak tym bałaganem zarządzać, w związku z czym ikonki niepotrzebne szybko stąd znikają, a pojawiają się te ważniejsze. Z tego powodu do wyszukiwarki wracamy coraz rzadziej.
Jest w tym bocznym pasku jeszcze jedna rewolucja. Otóż w ikonki, podobne do tych od programów, wrzucono niektóre funkcje obsługiwane dotąd zazwyczaj przez jakieś programiki objawiające się nam na pulpicie lub w zasobniku systemowym (tzw. tray-u), gdzieś koło zegarka. To tutaj możemy np. bezpiecznie wyrzucić pendrajwa albo zajrzeć do kosza. Tutaj też zmieniamy pulpit (dla nieznających tematu: linuksiarze mają zwykle taki wypas, że pulpitów, zwanych też czasem „obszarami roboczymi”, mają kilka, najczęściej 4). O dziwo, to wszystko jest bardzo wygodne. I nieźle wygląda. A już najbardziej spektakularne jest przechodzenie z jednego pulpitu na inny. Czasem robię to tylko po to, żeby sobie popatrzeć, jak się zmieniają. Dla mnie bomba!
Poza tym drobiazgi: umieszczenie obszaru powiadomień*** u góry wydaje się zabiegiem odważnym, ale chyba znacząco nie zmienia wygody użytkowania. Za to sprawia, że wszystko wygląda nam bardziej nietypowo i szpanersko (można pokazać właścicielom Windowsów, żeby im oczy z orbit wylazły;]). Integracja menu programów z tym paskiem to kolejny strzał w dziesiątkę — daje to oszczędność kolejnych kilkunastu pikseli jakże potrzebnego w dzisiejszych czasach wymiaru pionowego naszych monitorów.
Umieszczenie przycisków po lewej (zamiast po prawej) stronie paska tytułowego okna może co prawda wkurzać konserwatywnych estetów, ale przyzwyczajenie się zajmuje jakieś 10 – 12 sekund i naprawdę nie ma na co narzekać. No i mamy kolejne +1 do oryginalności;)
Podsumowując: nie taki diabeł straszny, jak go malują. Powiedziałbym nawet, że tego trzeba spróbować. Wymagana jest jedynie odrobina cierpliwości. Jestem też niemal pewien, że i tapetę nauczę się tutaj szybciej zmieniać.
Pozostaje tylko ta wstrętna wyszukiwarka. No, ale ideałów przecież nie ma...
* Ubuntu to, jak zapewne starzy wyjadacze wiedzą, stare afrykańskie słowo, które znaczy „nie potrafię skonfigurować Debiana”. To określenie dość dobrze oddaje sytuację, w której wybiera się taką, a nie inną dystrybucję systemu Linux. Jeśli zaś nie wiesz, co to Debian, nie przejmuj się. To tylko takie żarciki.
** OK, mogłem korzystać z konsoli tekstowej, ale nie o to przecież chodzi podczas przeglądania internetu, prawda?
*** To jest to miejsce obok zegarka, w którym pokazuje się m. in. ikonka Skype czy gg, tam jest głośniczek od regulacji głośności i wskaźnik sieci czy Zapory systemu Windows.
