Dzisiaj właśnie stało się coś, co sprawiło, że poczułem się, jakbym był głównym bohaterem gry „Prehistoryk”. Gorzej: jak żywy eksponat w muzeum techniki. „O! Patrzcie, dzieci ajFona, a tak właśnie wyglądał człowiek, używający swojego wówczas zaawansowanego kalkulatora, jeszcze zaledwie kilkadziesiąt lat przed waszym urodzeniem”!Wszystko się zaczęło od tego, że Debian to jest naprawdę dobry system operacyjny. Możecie mi nie wierzyć, możecie uważać, że począwszy od Windowsa XP (a jeśli się znasz, wymienisz już nawet Windows 2000) produkty Microsoft są na przykład bardzo stabilne i nie zawieszają się z byle powodu. Ba, nie wieszają się na dobrą sprawę wcale, jeśli ich do tego nie zmuszać instalowaniem jakichś tam programów i aplikacji. Ok, możecie tak twierdzić. I nawet się z Wami zgodzę. Tyle że takich rzeczy, jakie przeszedł ze mną Debian, nie przetrzymałby żaden Windows XP na spółkę z Vistą i Siódemką.
No, ale i nie o to chodzi. O tym, że Debian to dobra rzecz, przekonałem się kilka lat temu, jeszcze kiedy wydaniem stabilnym był „Sarge”, konkretnie nr 3.1. Ponieważ właśnie zmieniałem komputer i nie chciało mi się wydawać pieniędzy na nowe okna, zostałem szczęśliwym użyszkodnikiem linuksa. Zresztą, szybko padł mi dysk, a w międzyczasie pojawiła się nowa stabilna postać Debiana – 4.0 Etch. Ktarą zainstalowałem i która mnie zachwyciła. Towarzyszyła mi ona – z paroma przygodami – aż po dziś dzień. No i jest jeden problem.
Wiadomość, która dziś z rana mnie zelektryzowała, głosiła bowiem, że właśnie ukazała się nowa wersja tego najlepszego z systemów – 6.0 Squeeze.
W czasach, kiedy wersje 10 od 11 przeglądarki Chrome dzieli zaledwie kilka tygodni, nie wszyscy mogą wiedzieć, dlaczego różnica pomiędzy numerkiem 6 a 4 jest aż tak istotna. Dlatego wyjaśnijmy: Debian jest systemem operacyjnym dla ludzi bardzo, bardzo, naprawdę bardzo leniwych. Możecie sprawdzić, wcale nietrudno jest znaleźć admina który wie, że z Debianem jest tak, że instalujesz go, a jeśli jesteś ambitny – ustawiasz automaty tak, by pobierały sobie łatki bezpieczeństwa – i już, działa. Możesz zapadać w sen zimowy. Naprawdę. System tworzony jest niezwykle starannie, pakiety segregowane są w bardzo surowy sposób. Dzięki temu do ostatecznej wersji dostają się rzeczy niekoniecznie najnowsze, ale za to działające i niezawodne. Tu nie ma czegoś takiego, że ci się „program powiesił” – taki efekt uboczny. Zatem działa i będzie działać po wsze czasy. Jeden mój serwerek chodził bez przerwy 54 dni i przestał tylko dlatego, że wyłączono prąd. (Relacje o komputerach, odpowiednio zasilanych, chodzących bez resetu latami, bywają prawdziwe!)
W związku z procesem produkcji stabilna wersja Debiana wychodzi bardzo, bardzo rzadko. Raz na kilka lat. Czy teraz rozumiecie, dlaczego posiadanie przeze mnie ciągle wersji 4.0 oznacza taki obciach?
W ten sposób odbyło się wszystko w przypadku mojego domowego komputera. Zainstalowałem i miałem. W tym czasie zdążyłem lekko popsuć system (zabawa w „rekompilacje jądra”...), na szczęście udało się go w prosty sposób „załatać”; używać go jako serwera (krótko) i nawet przekonałem się, że na linuksa ktoś napisał jakieś wirusy. Aha, była awaria dysku, kości ramu, niewielka modernizacja sprzętu i wiele innych przygód, których nawet nie pamiętam. No, i przegapienie wydania nr 5.
Czwarta dystrybucja Debiana znosiła to wszystko bardzo dzielnie. A kiedy nie majsterkowałem, zachowywała się tak, jak chyba każdy porządny linuks. Była śmiertelnie nudna. Naprawdę. Żaden użytkownik Windowsa nie jest nawet w stanie wyobrazić sobie, jak dobijające jest uczucie, że żaden, absolutnie żaden pendrajw nie sprawi Ci przykrej niespodzianki kiedy wetkniesz go do portu USB. Podobnie z e-mailem. I stronami www, na jakiekolwiek byś nie wchodził. I tak dzień w dzień, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc. Jak porażająca jest ta zimna pewność, że jeśli sam nie nabroisz, nie zepsuje się tutaj nic. Tego nie zrekompensuje ładniejszy wygląd ani Twoje umiejętności pisania skryptów. Z nudów dawno już zacząłem kopiować sobie wirusy, przynoszone na pendrajwach przez znajomych, zamiast po prostu je kasować. A nuż się przydadzą...
Nie, ja nie żartuję. To naprawdę nudne. Normalny użytkownik komputera powinien mieć czasami jakieś kłopoty. To właśnie największa wada Debiana – tak naprawdę nie masz po co zmieniać wersji na nowszą.
Mimo wszystko, przywiązałem się do mojego Etcha 4.0. Ale dzisiejsza wiadomość daje powody do przemyśleń. Świat dawno poznał Gnome z nowymi bajerami graficznymi i Kadu nowsze niż 0.5. To rzeczy dla mnie niedostępne. Podobnie jak Flash 10. Co trochę denerwuje. Pakiety mojego Debiana są już cokolwiek przestarzałe (w tym i ostatnie łatki bezpieczeństwa, ale tym przejmuję się mniej, naprawdę brakuje mi problemów). A w pakietach są np. nowe biblioteki. Nie chce mi się instalować ich ręcznie, więc jestem przy domyślnych, starych. Nie chcą mi się uruchamiać co nowsze tablety i drukarki. Popsułem sobie – na stałe – wine i jakieś drobiazgi od kary graficznej, przez co parę programów nie chce się normalnie uruchamiać. Dystrybucja (nareszcie) mi się zestarzała (po 4 latach, niezły wynik!). Słowem, czas na zmiany.
Wydanie wersji szóstej to świetna okazja na taką zmianę. Właśnie ściągam z torrentów pierwszą płytę. Nie ma co – będzie reinstal. A być może niedługo na jakiwindows.pl – wielki test.